Podziel, aby pomnożyć

Podaj mi rękę. Tylko tyle mamy
Ciepła co sobie jak kubek podamy
Z wrzącą herbatą. Zapal jakieś słowo,
A ja zapalę inne jak lampę naftową.
Może ten mróz podniebny jakoś przeczekamy.
Podniosę lampę, zobaczę – a może
Ktoś jeszcze obok czuwa choć go nie widzimy
Może ten blask mu usta zamknięte otworzy
I powie: Obok nas czuwają inni.
Zaszeptaj. Niech odszepczą. Krzyknij. Niech odkrzykną.
Popatrzmy dobrze w tę noc trzaskającą
Podnieśmy płomyk niech wszyscy przeliczą
Ilu nas jest...

Ernest Bryll, *** (Podaj mi rękę…)


Zdarza się, że jesteśmy skąpi. Że żałujemy dobrego słowa, komplementów, fajnych pomysłów, ciekawych planów. Często myślimy za innych: i tak mu się nie przyda, to głupie, pomyśli, że się narzucam, uzna, że czegoś chcę. Bywa, że odmawiamy poproszeni o pomoc: o, czego to się zachciewa, niby dlaczego miałabym to robić?! Mam swoje sprawy, mnie też nikt nie pomagał!

Otóż spieszę niniejszym donieść, że po pierwsze, NIE WIEMY, CO SIĘ STANIE, gdy zrobimy to, przed czym tak się wzdragamy. A przede wszystkim: że w ogóle nieważne jest, co zrobi ten drugi. Ważne jest to, co my zrobimy. Może uprzyjemnimy komuś dzień. Może dziś odrzucony pomysł zostanie wykorzystany jutro. Może otworzy to komuś jakieś klapki i kawałeczek dobrego świata trochę się poszerzy. Tak czy inaczej, my na pewno poczujemy się lepiej, bo puściliśmy dobro w świat zamiast zatrzymać je przy sobie.
A po drugie, nie zapominajmy, że DAWANIE INNYM NAJWIĘCEJ DAJE NAM SAMYM.

Być może mieliśmy w życiu tak, że nasze propozycje były ignorowane czy negowane. Być może nikt nas nigdy nie komplementował i życie nie szczędziło nam ciosów. Być może zaciskaliśmy zęby i robiliśmy wszystko sami, bo nasi bliscy zamiast nas wesprzeć, rzucali nam kłody pod nogi – bo sami mieli takie doświadczenia i nie potrafili inaczej. Tylko że sytuacja się zmieniła, jesteśmy w otoczeniu innych ludzi, nie mamy już 5, 8 albo 16 lat – mamy za to coś innego: fantastyczną możliwość zrobienia czegoś po swojemu, wyjścia z tamtej przestrzeni, w której mentalnie tkwimy.

A więc nawet jeśli kiedyś było jakoś, teraz może być zupełnie inaczej.
Nie od dziś mówi się o przepływie energii i nieblokowaniu kanałów tego przepływu. O tym, że im bardziej się zamykamy, tym więcej problemów sobie generujemy. I na odwrót – im szerzej się otwieramy, tym więcej dobrego zdarzy się nam i wokół nas.

Dziesiątki razy w życiu swoim i okolicznym miałam okazję obserwować, co dzieje się, gdy pozwalamy energii płynąć. Gdy dzielimy się pieniędzmi, bo ktoś jest w nagłej potrzebie, gdy dajemy komuś to, czego może mamy niewiele, ale przecież ten ktoś dużo nie potrzebuje. Jak bardzo czujemy się wtedy „urośnięci” w siłę, że możemy, że nie jest z nami tak źle, że potrafimy dać coś z siebie! I jak jest nam ciężko, gdy (sobie) tego odmawiamy. Jak potem rozpamiętujemy, czujemy się winni, i w końcu mamy pretensje do tego kogoś, że wmanewrował nas w tę sytuację, że to przez niego tak nam teraz źle!

Jako osoba, która stosunkowo niedawno zaczęła nabywać wyższe umiejętności społeczne czyli włączać się w akcje charytatywne i dawać innym swoje umiejętności (na miarę możliwości), jestem zafascynowana dawaniem. Ile rzeczy można zrobić z tym wszystkim, czego mamy w nadmiarze! Książkami, zabawkami, ubraniami, starociami, swoim doświadczeniem… Tyle osób, tyle instytucji jest w potrzebie, tyle schronisk dla zwierząt, tyle domów dziecka czy rodzin na granicy ubóstwa! Tylu ludzi, którym nasza opowieść może zapalić światełko.

Tyle dobra do ofiarowania. Tyle siebie do dania.
Wyższym poziomem, przynajmniej dla mnie, jest dzielenie się z tymi, co najbliżej. Ponieważ w ogóle miałam tendencję nie tylko do myślenia za innych, ale i do myślenia, że „inni” źle o mnie myślą, było mi bardzo trudno zacząć. Nie startowałam z poziomu podłogi (okey, mam zasoby, więc zobaczę, czym mogę się dzielić), tylko katakumb (nie ma głupich, nie dam się wykorzystać!). A jednak zdołałam z tego wyjść (ergo: empatii można się nauczyć).
Zawsze też miałam wrażenie, że to JA mam problemy, potrzeby, nieumiejętności, że co ja mogę, skoro sama ze sobą sobie nie radzę. Z perspektywy czasu widzę, że moje życie wyglądało tak, jakbym próbowała grać w szachy, siedząc w kucki pod stolikiem i patrząc na szachownicę od spodu. Faktycznie, udział w grze nastręcza pewne trudności, bo i pozycja niewygodna, i figur nie widać, nie mówiąc o znajomości zasad. Jednak im zdrowsza jestem, im dłużej patrzę na rozgrywkę z właściwej perspektywy, tym wyraźniej widzę, że to wszystko jest całkiem proste – nie mówiąc już o tym, że zawsze można się przesiąść do innego stolika albo w ogóle zacząć grać w bierki. A im lepiej jest mi ze sobą, im prościej mi się żyje, tym bardziej zauważam, jak innym może być ciężko. I jak niewielkim kosztem mogę dać bardzo dużo – jeśli tylko nie wrócę do zasklepiania się w sobie (nie mogę, nie mam czasu, dajcie mi spokój). Przyjąć zastępstwo koleżeńskie w szkole. Pojechać do rodziców na cały dzień. Wesprzeć zbiórkę książek dla oddziału pediatrycznego. I jak to dobro, którym się dzielę, wraca pomnożone. Ludzie, którzy pomagają mnie; rzeczy, które do mnie przychodzą; energia, która powraca z podwójną mocą – doświadczył tego każdy, kto próbował się dzielić, bo tak po prostu działa ten świat.

Dobro mnoży się przez podział – im więcej swobodnie daję, tym więcej do mnie przychodzi.

Podzielę się z tobą słowem -
I tak zaczniemy nową rozmowę.
Podzielę się z tobą lustrem -
Razem zapełnimy odbicie puste.
Podzielę się z tobą światem -
Gdzie człowiek człowiekowi stanie się bratem.
Tak bardzo się z tobą dzielę -
I nadal zostaje o wiele za wiele.

Dzielenie się dobrem jest dobre. Dzielenie pomnaża. Dajemy coś z siebie innym, a inni (nawet jeśli będą to „inni” inni) nam się odwdzięczą. I na Światowej Mapie Dobra zapali się nowe zielone światełko. I zrobi się trochę lepiej. Czego sobie i wszystkim życzę.


Ewa Skórska

PS. Niedawno nauczyłam mojego tatę, lat 78, dwóch cennych umiejętności, z których jedna była smażeniem naleśników. Normalnie podzieliłam się z człowiekiem, z którym dopiero uczę się podstawowej bliskości, wiedzą, umiejętnością i czasem – i naleśnikiem z powidłami. I co? Nie dość, że PRAWIE SAM zrobił pyszną kolację, to jeszcze nauczył się przekręcać naleśnik w locie. A jak wiadomo, nic nie daje takiego poczucia sprawczości jak podrzucanie naleśników. Naprawdę!
PS2. Oprócz przemyśleń, dzielę się w tym artykule kawałkiem poezji Ernesta Brylla, który odnalazłam w starych pamiętnikach, oraz wierszem, który przyszedł do mnie o czwartej nad ranem. Może komuś się przyda.

Z noworocznymi życzeniami wielu okazji do dzielenia się z gorącą herbatą, światłem doświadczenia, a także szeroko pojętym „naleśnikiem”,
Ewa

 Po raz pierwszy opublikowane w kwartalniku „Trzeźwymi bądźcie”, styczeń 2019.

  • Комментарии
Загрузка комментариев...