Czy to jest kraj dla starych ludzi? 

 

 

                                                                                                                Człowiek rozumie drugiego,

                                                                                                                kiedy przychodzi na to odpowiedni czas,

                                                                                                                a nie dlatego, że ten drugi chce być rozumiany.

                                                                                                                Haruki Murakami

 

 

Wolne majowe dni, bo akurat tak się złożyło, że szkoły miały cały tydzień wolnego, upłynął mi pod znakiem mycia okien, zaległych porządków, spacerów z psem oraz odwiedzin u rodziców. A ponieważ mama od kilku dni miała problemy z żołądkiem, miałam okazję doświadczyć służby zdrowia w działaniu – najpierw na poziomie lokalnym w przychodni, a potem na poziomie ogólnym izby przyjęć warszawskiego szpitala.

Wszystko skończyło się pomyślnie – mamę przyjęto na oddział, zaopiekowano się nią na szpitalny sposób dietetycznych posiłków i kolejnych badań (wykryto niski poziom sodu i problemy z nerkami), a ja pojechałam z psem do znajomej, do jej domku wśród lasu, dochodzić do siebie na hamaku w sosnowym pyle i przy świetle księżyca.

I całą drogę ze szpitala do domu rodziców, a potem z domu rodziców w głąb lasu męczyła mnie świadomość czegoś nieuświadomionego, jakkolwiek irracjonalnie by to nie brzmiało. I wreszcie zrozumiałam w czym rzecz: jestem zupełnie niegotowa na starość moich rodziców. I nie chodzi już nawet o starość w naszym kraju, przy naszej służbie zdrowia, bo to oddzielny temat na artykuł, tylko o sam fakt tego, że – taka jest prawda – nie dorosłam ani do swojego wieku, ani tym bardziej do wieku moich rodziców.

Można by zgryźliwie zapytać, czy nie mam oczu, lustra albo wglądu w metrykę, a ja z pokorą odpowiedziałabym, że mam. I co z tego, skoro rzecz nie w zrozumieniu na poziomie intelektualnym, lecz w przyswojeniu na poziomie emocjonalnym.

Może to kogoś zdziwi, ale zwykle moje kontakty z rodzicami przebiegały w sposób wyekstrahowany, to znaczy albo ja jestem u nich, albo oni są u mnie. Rzadko mam okazję oglądać ich wśród innych ludzi, a jeśli nawet, to w jakiejś bezpiecznej, małoosobowej przestrzeni. A tu nagle widzę moją mamę na tle energicznego personelu, gdy ona, w stresie i złym samopoczuciu, nie dosłyszy i nie rozumie, czuje się zagubiona i wycofana. Wiadomo, że szpital jest miejscem, w którym człowiekowi w ogóle trudno zachować godność, ale i tak zrobiło to na mnie duże wrażenie.

I pomyślałam sobie, że – cholera, jak to się stało? – ojciec ma lat 78 (o czym przypomina każdemu, kto chce i nie chce słuchać), a mama 76 i nawet jeśli nie jest to sędziwa starość, to w każdym razie wiek słuszny, który ma już swoje objawy i spodziewania. Że nie są to już ludzie pięćdziesięcioletni.

No i co teraz?

Bo na czym polega problem – otóż ja, co było dla mnie przełomem ostatnich miesięcy – po dzieciństwie z ojcem alkoholikiem i kilku latach z mężem alkoholikiem, dopiero wynurzam się ze współuzależnienia i dochodzę do punktu, w którym będę w stanie zacząć świadome, dojrzałe życie. Kiedy myślę, co chcę robić, a nie robię to, co „trzeba”. Kiedy zaczynam mieć plan oraz dyktować warunki. A z drugiej strony przestaję zachowywać się jak roszczeniowe dziecko, domagające się pochwał i uwagi, zaczynam brać odpowiedzialność za swoje decyzje, uczę zarządzać swoim życiem (planami i finansami) i współpracować z ludźmi. Trochę tak, jakbym właśnie kończyła studia i powoli rozglądała się w dorosłości.

„…I co za tym idzie jak noc za dniem”, jak mówił szekspirowski Poloniusz, w moim nowym świecie rodzice nie mogą być ludźmi siedemdziesięcioletnimi, muszą być sporo młodsi! A tu się okazuje, że nie, że jest dużo później niż mi się zdaje. Że jeśli nawet ja wchodzę w dojrzałość (nie napiszę: przeżywam drugą młodość, bo drugi raz bym tego nie przeżyła), oni są na tej planszy znacznie dalej. I dobrze byłoby za nimi nadążyć.

Trudno jest pisać (a jeszcze trudniej żyć) o dzieciństwie w domu z ojcem-niepijącym alkoholikiem – bo przecież „niepijący” nie znaczy „trzeźwy”. O tym, jakie zostawia ono ślady, ile bólu, uraz i mściwości, ile złości, nienawiści i chęci odwetu. Ile trzeba godzin terapii i działań różnych, żeby dojść do punktu, w którym w tym człowieku, tu obok mnie, przestać widzieć tamtego alkoholika i przestać się na nim odgrywać. Żeby zdobyć się najpierw na wybaczenie, potem na zrozumienie, a wreszcie na sympatię i współczucie wobec kogoś, kim się w najlepszym razie pogardzało.

To droga, proces, i myślałam, że mam jeszcze dużo czasu i mogę sobie dowolnie ustalać kontakty z rodzicami, tak jak mnie i kiedy mnie pasuje. A tu się okazuje, że nie. Że dobrze byłoby przyspieszyć, bo mogę nie wyrobić się ze swoim dorastaniem przed ich śmiercią. Że jeśli chciałabym nacieszyć się kontaktem z nimi, to należałoby zmienić nastawienie ze zbuntowanej nastolatki (chwilę temu) i wyalienowanej studentki (całkiem niedawno) na dojrzalsze, choćby trzydziestoletnie, pochylenie się nad starszym człowiekiem. Nad jego niemożnościami. Zdobyć się na, jeśli trzeba, zajęcie się nim w chorobie, a nie zbywanie go pocieszeniem przez telefon; na umówienie go do specjalistów, zamiast myślenia, że jakoś to będzie, bo przecież zawsze było. Że skoro moja mama do tej pory nie znalazła sobie dietetyka czy psychologa, to najprawdopodobniej się na to nie zdobędzie. I że może byłoby warto zaproponować jej pomoc, a ona ją przyjmie albo nie. Że skoro ojciec ma kłopoty finansowe, a ja nie jestem władna ich rozwiązać, to spróbuję poświęcić mu czas i z nim porozmawiać, traktując z uśmiechem jego fascynację działką czy gadżetami. Zrobić tyle, ile jestem w stanie. Dać tyle, ile mogę – kiedy jeszcze ma to znaczenie. Zrozumienie. Czas. Akceptację. Ale przy tym nie myśleć za nich, nie odbierać odpowiedzialności. Pomóc, nie robiąc za. I dać to, czego faktycznie potrzebują, a nie to, co mogę dać na odczepnego.

Tak właściwie wszystko sprowadza się do tego, żeby w drugim człowieku zobaczyć tego właśnie człowieka, a nie swoje wyobrażenie o nim, swoje krzywdy i żale. Chociaż to czasem takie trudne.

Może dzięki temu dojrzałość będzie rosła w siłę, a starość da się polubić.  

 

Ewa Skórska

Po raz pierwszy opublikowane w kwartalniku „Trzeźwymi bądźcie”.