Z uwagi na to, że do wakacji i słońca wciąż tak daleko, dzisiaj będzie o morzu – w wersji dla dzieci.

Zacznijmy od tego, że kocham książki dziecięce. Stare wydania, dobre wznowienia, nowe odkrycia, nieważne, uwielbiam wszystkie. Mogę godzinami siedzieć w księgarni w dziale dla dzieci, błądzić między regałami bibliotek dedykowanych młodym czytelnikom, pasjami przeglądam u znajomych półki w pokoju dziecinnym, szukając „starych znajomych” i nowych inspiracji.

Literatura dla dzieci to magia w czystej postaci, jakimś cudem umieszczona pomiędzy okładkami. To zupełnie inny świat, który autorom/ilustratorom udało się pokazać tak, żeby dotrzeć do dzieci i rodziców.

Że warto czytać dzieciom, o tym nie trzeba nikogo przekonywać. Wielka akcja „Cała Polska czyta dzieciom” zrobiła swoje i wiadomo, że czytanie dzieciom dwadzieścia minut dziennie – codziennie! – to absolutne minimum. Jeśli ktoś nie czyta, albo sądzi, że nie ma czasu, albo że audiobook zrobi to lepiej, jest w błędzie. Nic nie zastąpi tych kilkudziestu minut wspólnego robienia czegoś z dzieckiem – w tym wypadku śledzenia akcji, oglądania obrazków, czytania znanej historyjki od nowa. Jeśli nie lubicie czytać – spróbujcie się przełamać, wasze wewnętrzne dziecko będzie wam tylko wdzięczne. Jeśli myślicie, że książki są za drogie – to macie rację, w tym wypadku polecam najbliższą bibliotekę, znajdziecie tam całe regały fajnych książek i jeszcze panią, która z radością pomoże wybrać. No i możecie sięgnąć po wspomnienia z własnego dzieciństwa – nawet jeśli wy nie macie ich już na półkach, biblioteka ma je na pewno.


Ja mam całe mnóstwo takich pozycji i większość z nich przypomniałam sobie przy okazji dorastania mojego dziecka (z cyklu: Po co mamy dzieci? Żeby jeszcze raz, tylko lepiej, przeżyć własne dzieciństwo). Czytałam mojemu synowi na dobranoc przez prawie dwanaście lat, więc miałam czas zaszczepić w nim wszystkie moje ukochane książki. A że świat nie stoi w miejscu, to przez te kilkanaście lat dorastania i rozwoju mojego syna udało mi poznać i pokochać nowe książki dla dzieci, tak fantastycznie wydane, tak piękne w przekazie, że zaczytywałam się nimi sama na długo po tym, gdy on z nich wyrósł. Potem miałam chwilę przerwy, na szczęście w międzyczasie otworzyłam księgarnię i książki dla dzieci (stara miłość nie rdzewieje!) wróciły do mnie falą. Zjawiskowe wydanie Piotrusia Pana w wydawnictwie Media Rodzina, Baśnie dla domu braci Grimm (nowe tłumaczenie i zupełnie inne podejście!), wznowienie Scen z życia smoków w Prószyńskim i S-ka, seria książeczek Mam przyjaciela, ilustracje Eli Wasiuczyńskiej i nowy Pan Kuleczka, Przemek Wechterowicz i każda jego książka, Emilia Dziubak i jej magiczne ilustracje, niemal wszystkie książki z wydawnictwa Dwie Siostry, Tatarak, Kocur Bury i Eneduerabe i wreszcie, WRESZCIE!, skandynawska literatura dla dzieci i młodzieży – nie tylko w wydawnictwie Zakamarki.

To już nawet nie rzeka, to całe morze literatury. O wszystkim pisze się tu inaczej: prościej, otwarciej, przystępniej, bez zahamowań. Z innej perspektywy, oddolnej, z poziomu właśnie dziecka, a nie dorosłego, który się nad tym dzieckiem pochyla. Z ogromnym szacunkiem dla małych ludzi. Zdrowiej, bez traum i tematów tabu. Niczego nie odbierając naszym, polskim pisarzom, więcej nawet, wynosząc niektórych na piedestały za to, co robią dla naszych dzieci, zachęcam, zapraszam i zalecam – czytajmy literaturę szwedzką dla dzieci! Bo warto.

Literatura szwedzka i szerzej, skandynawska, kojarzy nam się głównie z mrocznymi kryminałami i nie bez kozery: norweski pisarz Jo Nesbo i szwedzcy autorzy Camilla Lackberg, Stieg Larsson, Henning Mankell święcą triumfy na rynku wydawniczym. No i jeszcze z ponadczasowymi Muminkami Tove Jansson, fińskiej autorki piszącej po szwedzku, oraz, rzecz jasna, wspaniałymi książkami nieocenionej Astrid Lindgren. Kocham Muminki o wszystkich porach roku, cieszę się, że kolejne pokolenia czytają Dzieci z Bullerbyn, bo nie ma chyba lepiej pokazanej beztroski dzieciństwa, ale daję wam słowo, że oprócz rudowłosej Pipi, rozbójniczej Ronji i Małej Mi jest jeszcze kilku bohaterów wartych poznania. Zadbały o to wydawnictwa Dwie Siostry, Media Rodzina, a przede wszystkim Zakamarki (z nomen omen, Poznania).


Zatem, zaczynajmy: oto przed państwem Raz, dwa, trzy, Piaskowy Wilk Asy Lind, szwedzkiej pisarki nie tylko dla dzieci.

Poznałam tę książkę w sierpniowe popołudnie, kiedy to zamiast wyjechać nad ukochane morze (dowolnej narodowości) byłam w swojej księgarni. I z tęsknoty za tym morzem chyba, i z poczucia solidarności z wilkiem (bo kilka dni wcześniej wzięłam psa ze schroniska), i z ciekawości, co też tam jest w środku tej grubej kwadratowej książeczki, zaczęłam czytać. I wsiąkłam.

Dziewczynka mieszka nad morzem, z swojego domku na plażę ma kilka minut szybkim krokiem. Mama jeździ autobusem do pracy, tata zostaje w domu i robi naleśniki. Mieszka im się dobrze, mają swoje zwyczaje, życie toczy się własnym trybem. Ale czasem dziewczynka trochę się nudzi, a tata trochę ma pracę, gazetę albo zmywanie i nie ma głowy do zabawy. I pewnego dnia, gdy tata znów nie chce kąpać się w morzu, poirytowana dziewczynka biegnie sama, zaczyna kopać w piasku i znajduje tam… czarny nos! A potem całego Piaskowego Wilka – złocistego, ruchliwego, energicznego, a zarazem bardzo spokojnego i mądrego. Wilk lubi się bawić, ma mnóstwo pomysłów, umie słuchać i potrafi spojrzeć na sprawy z innego punktu widzenia. Jest zawsze dostępny, gotów pomóc i porozmawiać, jednym słowem, prawdziwy kumpel. Karusia, bo tak ma na imię dziewczynka, szybko znajduje z Wilkiem wspólny język i oboje zostają przyjaciółmi. Od teraz spotykają się prawie co dzień, tłumaczą sobie różne rzeczy, pomagają sobie zrozumieć innych. Życie staje się ciekawsze, a wybaczenie dorosłym ich dorosłości – łatwiejsze.

 

„- Ruśka! – zawołał tata. – Ja chyba dostałem udaru! Muszę się wykąpać!

- No nareszcie – powiedziała Karusia.

A morze był wielkie i niebieskie i pływali w nim bardzo długo – aż m się skóra pomarszczyła na plecach. Wtedy poszli do domu napić się herbaty i grali w karty, oszukując, ale tylko wtedy, gdy musieli.

A Piaskowy Wilk leżał sobie w norze na plaży i rozmyślał – o ludziach, tatusiach i o innych dziwnych zwierzakach”.

 

Wilk jest, na wypadek gdybyście mieli wątpliwości, wymyślony, ale w tym wymyśleniu namacalnie realny. I stanowi świetny odgromnik dla energicznej dziewczynki, która ma swoje zdanie, swoje uczucia i swój świat.

 

„Karusia na wściekłych nogach wymaszerowała z pokoju. Praca, praca, praca! W kółko to samo!”

 

Wilk i Karusia rozumieją się doskonale, nawet gdy każdy mówi o czym innym. Nawet gdy się różnią i każdy pozostaje przy swoim. Nawet gdy dziewczynka zaczyna mówić własnym językiem.

 

„Morze – powiedział. – To, co powiedziałaś, znaczy morze. I nie ma się co dziwić, że po twojemu to słowo jest takie długie, bo morze jest ogromne, a słowo musi być przecież do tego morza podobne”.

 

I właśnie to jest w książce najlepsze: pokazanie świata oczami dziecka. Co się z nim dzieje, gdy mówimy: „nie przeszkadzaj”, „nie teraz”, „nie mam czasu”, gdy mu coś narzucamy, czegoś zabraniamy. Mamy okazję zobaczyć, że dorosłe reguły są nudne i nie pasują do małego świata. Że mówimy do niedużego, ale przecież człowieka. Że jak ktoś ci powtarza, że masz nie jeść przy stole w czapce (właściwie czemu?), to traci się chęć nawet na ciasto. Że jak ktoś mówi „wychodzimy” i nawet nie zaczyna się zbierać, to odechciewa się czekać w gotowości. I tak dalej. Asa Lind pokazała też coś, o czym tak często zapominamy: że w czystych emocjach trudno logicznie myśleć, ale wystarczy trochę dystansu i samotności, żeby ochłonąć i popatrzeć inaczej. Bardzo ładnie widać, jak dziewczynka, naburmuszona czy zła, biegnie na plażę spotkać się ze swoim żółto-piaskowym przyjacielem, rozmawia z nim i wraca do domu w zupełnie innym nastroju. A rodzice mają czas, by pomyśleć, zmienić zdanie i porozmawiać z córeczką w inny sposób.

 

„- Za dużo tego! – powiedział tata. – Paskudna robota! Nie mam ochoty na zmywanie!

- Mogę ci pomóc! – powiedziała Karusia. – Jestem w tym całkiem niezła.

- Szybciej będzie jak sam to zrobię. Od twojego zmywania robi się zwykle jeszcze większy bałagan.

Karusia wyszła na dwór. Bez słowa. Za to z głową pełną myśli, smutnych i pogniewanych. […]

*

Kiedy Karusia wracała do domu, była w śpiewającym nastroju, aż do samych drzwi. Ale wtedy jej się przypomniało. Tata! I Naczynia! […] Nigdy już nawet nie spróbuje mu pomóc, pomyślała i weszła do kuchni. […]

- Dziękuję – powiedział tato. – Dziękuję bardzo.

A potem spytał czy Karusia nadal ma ochotę mu pomóc.

- No nie wiem – powiedziała Karusia. – Ale chyba muszę. Inaczej nigdy tego nie pozmywasz.

***

 

Piaskowy wilk to piękna historia, opowiedziana pięknym językiem, najpierw po szwedzku, potem po polsku (wyrazy uznania dla tłumaczki). Budząca tęsknotę za bezpiecznym dzieciństwem z dorosłymi, którzy potrafią zmienić zdanie i nie iść w zaparte, pochylić się nad małym człowiekiem i posłuchać, co mówi. Za szacunkiem do drugiego człowieka, bez względu na jego rozmiar. I jeszcze tęsknotę za przyjacielem, który znajdzie dla nas czas, i nostalgię za morzem, jak ktoś dawno nie był, a lubi.

Reasumując: skandynawski Wilk wart jest przygarnięcia z wielu powodów. Nawet jeśli nie macie dzieci.

PS. Księgarenkę zamknęłam pół roku temu, ale więź z książkami pozostanie.


Ewa Skórska, 2019

 Asa Lind, Raz, dwa, trzy, Piaskowy Wilk, przeł. Agnieszka Stróżyk, wyd. Zakamarki, 2015 r.